Jak iść swoją drogą? Czyli o świadomości i minimalizmie

Mam swoje złote lata i trochę się na ten świat i siebie napatrzyłam, nasłuchałam, trochę go poznałam wszystkimi zmysłami.

W różnych miejscach ważna jest dla nas akceptacja, uznanie, komplementy, krytyka, opierdziel. Nie mamy sami jednego szablonu na nic. Ba, słowa krytyki tej samej sprawy od kogoś nas wkurzą, od innego zranią, od kogoś innego są bez znaczenia, a jeszcze od kogoś innego ucieszą i będą ważne. No zero logiki. Naprawdę. Jesteśmy nielogiczni. Mój dobry przyjaciel by w tym miejscu powiedział „tak, kobiety są nielogiczne”. Noo i już by była dyskusja. Albo i nie, bo wzruszyłabym tylko ramionami. Jesteśmy jako ludzie nielogiczni i przez to często wychodzimy na hipokrytów. A to wszystko jest nie tak przecież.

Wmusza się nam mieć zdanie na każdy temat, mimo, że mamy szczątkowe dane. Powiela się farmazony typu, człowiek inteligentny jest krytyczny, cyniczny i wszechstronnie rozeznany. Znowu sposób na nieszczęśliwość, bo jak ktoś po prostu w życiu nie ma czasu na wszystko, co by chciał, czyli każdy z nas, to się ma czuć przy takich zdaniach mniej inteligenty? Naprawdę?

Sami się bombardujemy potrzebą uczestniczenia w jakikolwiek sposób we wszystkim. Nie da się. Sami się bombardujemy narzucanymi trendami. Niepotrzebnie. Naprawdę nie musimy. Nie musimy i tak jest dobrze.

Najtrudniej jest zatrzymać się i powiedzieć sobie „jestem wystarczająca”. Już samo to zdanie ma w sobie niedosyt, prawda? To już milej dla ego brzmi „jestem najlepszą wersją siebie, jaką mogę dziś być”, no czasami, jak udaje mi się coś szczególnie, to bywam nawet „zajebista”. Taki tam żarcik okolicznościowy. Tak, mam swoje pomysły na siebie, ale…

Brat mnie ostatnio zapytał, gdzie siebie widzę za 20 lat. A ja mu odpowiedziałam, że nieważne gdzie, ważne, że chcę być taką jak dziś: spokojną, szczęśliwą, kochającą siebie i życie. Co będę przy tym robić, jakimi drogami do tego dojdę nie ma kompletnie żadnego znaczenia.

20 lat temu nawet przez myśl mi nie przeszło, że moje życie tak się potoczy. Przez wiele lat cierpiałam z powodu chorych ambicji. Byłam typowym prymusem, nie kujonem, bo mnie zakuwanie bezmyślne na pamięć mierzi, ale byłam ciągle głodna pochwał rodziców i kochałam rywalizację. Każdy czerwony pasek, każda dobra ocena, każdy sukces.. Oby dostać uznanie rodziców. Szalenie chciałam być kobietą sukcesu, biznesu i na szczycie osiągnięć feminizmu wyrażonego źle rozumianą samodzielnością, bo może ona prowadzić do samotności – a niewielu jej chce w taki sposób – no ja na pewno nie, bo mimo skrajnego introwertyzmu i wysokiej wrażliwości kocham ludzi (jesteśmy wszyscy powiązani i warto mieć tego świadomość i szanować to). I podnosiłam sobie poprzeczkę tak wysoko, że przestawałam ją widzieć, mimo że się pochorowałam, mimo, że się spalałam, mimo, że gnałam jak wściekła. Chciałam osiągnąć coś, co będzie dla nich WOW. Aż przyszedł taki moment, że się poddałam, bo co nie robiłam, to widzieli coś innego. Straszne uczucie, które sobie sama fundowałam.

Wiesz, to jest ten mechanizm, gdy dziecko rysuje godzinami obrazek, biegnie pokazać go rodzicom, a ci patrzą i mówią „no, ślicznie, a teraz zawiąż buta, bo się zaraz przewrócisz”. To jest naprawdę niesamowicie frustrujące. Odpuściłam. A po mamy śmierci zupełnie. Sytuacja naprawdę wyszła dziwnie, gdy ubiegłego roku (a z ojcem nie mam kontaktu na jego życzenie od wielu lat i spotykamy się tylko przy wielkim dzwonie), spotkaliśmy się na Wigilię i on pytając co u mnie, podsumował z dumą w głosie i oczach „wiedziałem, że tak będzie, a to pewnie nie jest twoje ostatnie słowo”. Nie spodziewałam się, nie oczekiwałam, siedziałam nieumalowana w t-shircie i jeansach, bo jakoś dobrze mi było z nimi wszystkimi a moi bracia i ja kochamy luz, gdy to możliwe, więc Wigilia była na kompletnym luzie i nagle widzę w oczach ojca niespodziewanie dumę. No, to WOW było, ale moje. On uważa, że dzięki temu jaki dla mnie jest/był, ja jestem jaka jestem. Nie wiem. Może kiedyś, na dzień ojca strzelę jakąś notkę o tym, bo ja jednak śmiem już twierdzić, że jestem jaka jestem dzięki sobie (i tak też każe mi uważać terapeutka. Dobre, nie?). Tak, dygresja, terapeutka za każdym razem jak jej dziękuję za to, jak się zmieniam, mówi, że mam dziękować sobie, bo bez mojej pracy nad sobą samą ona nic by nie zmieniła, ale to ważne, że widzę i doceniam ludzi, przy których mogę się zmieniać/ realizować itd. Taka sytuacja.

Patrząc na swoją wizytówkę, na różne dyplomy, certyfikaty, listę przeżyć, ilość podróży i miejsc, które odwiedziłam, ludzi, jakich poznałam, jakich mam w życiu, wywiadów, które udzieliłam, chociaż dawno temu wydawało mi się to po prostu poza zasięgiem, dawno zechciałam zrozumieć, że jeśli coś robię, to chcę to robić wyłącznie dla siebie. Wyłącznie. Naprawdę wyłącznie dla siebie. Inaczej oczekując określonej oceny innych będę cierpieć.

Nie wiem, dlaczego tak jest, że miłość i uznanie rodziców tak bardzo nas zajmują często już w dorosłym życiu. Nie ma znaczenia, czy człowiek ma ich totalne wsparcie, ba, może sobie z nimi porozmawiać o swojej pracy, pasjach, związku i czuć zrozumienie, czy zaczynając jakiś temat czuje, że oni słyszą coś innego, więc przebiega po temacie, albo odpuszcza. To nie ma znaczenia. Nie mam dzieci. Nie dowiem się, jak to jest, co czułabym jako rodzic, co bym widziała, patrząc na swoje dziecko i jego pomysły na siebie, jego/jej widzenie świata. Nie wiem. To musi być niesamowite, a przecież też tak nieprzewidywalne.

Wiem natomiast i to bym powiedziała sobie 20 lat temu, jak szalenie ważne, szalenie istotne jest zrozumieć jak najszybciej wchodząc w życie, w dojrzałość, samodzielność, że wszystko co robimy, robimy dla siebie. Nie dla oceny innych. Dla siebie. Nie zrozum mnie źle: jeśli robimy coś dla innych, pomagamy im, mamy pracę skierowaną na innego człowieka, wszelkie relacje, wszystko, co robimy, jest wspaniałe, tyle, że róbmy to dla siebie. TAK JEST DOBRZE. Tak ma być. Dzięki temu nikt nas nie rozczaruje. Może zdziwi, zaskoczy, ale nie rozczaruje, bo do rozczarowania trzeba jednego: Oczekiwań. A oczekiwanie reakcji jest nadal oczekiwaniem. Czy to mój wymysł? A skąd. Aż taka mądra nie jestem. Czy moje doświadczenie? Tak. Bardzo.

Kilka lat temu przeszła przez sieć fala krytyki za wyniki badań, że altruizm, pomaganie innym sprawia nam przyjemność, dlatego to robimy. Też musiałam się nad tym głębiej zastanowić i dojść do wniosku: No co w tym złego? Przecież BARDZO DOBRZE. Naprawdę. Trzeba na to odpowiednio spojrzeć. Dzięki temu podejściu pozbywamy się rozczarowań.

Nie chcę, żeby ktoś mi pomagał, albo robił coś dla mnie z wewnętrznego przymusu, powinności, z cierpieniem. Za powinnością nawet niech stoi przyjemność własna i nie ma potrzeby doszukiwania się jeszcze innych powodów. No można, ale niech nie zahaczają „bo ja dla ciebie”. Nawet jak coś robię mimo, że mi się nie chce, to jednak robię to dla siebie… ;)) To też jest sposób na minimalizowanie wpływu manipulacji. Nawet dobry.

Pracuję, dla siebie. Mam pasje, dla siebie. Mam relacje, dla siebie. Po drugiej stronie jak jest też „dla siebie” to jest flow, to jest idealnie. To jest właśnie przepis na spokój. Robienie wszystkiego dla siebie. Śmiało!

Nie wiem jak Wy, ale znudziło mnie wręcz rozczarowanie innych. Przez sporą część życia strasznie cierpiałam i przeżywałam, gdy ktoś był mną, tym co robię, czego nie robię, jak to robię rozczarowany. Od jakiegoś czasu dałam sobie prawo na wyłączność. Jedynie sama siebie mogę rozczarowywać. Korzystam z tego z umiarem. Wszyscy inni? No cóż. Wedle uznania, nikomu nie zabraniam. Proszę bardzo. Brzmi egoistycznie? No nie wiem. Za takim podejściem stoi samoakceptacja, która jest kluczem do spokoju. Nie starając się sprostać cudzym oczekiwaniom nie mamy ich też wobec nich, bo warto zauważyć, że szukając akceptacji u innych, stawiamy im właśnie jakieś oczekiwanie. Jak ono nie zostanie spełnione.. koło się zamyka. Widzisz to? Ja naprawdę nic nie muszę, wszystko mogę chcieć. Jak chcę, to już samo płynie 🙂

Jeśli przy tym otoczyć się ludźmi, którzy też tak podchodzą.. Czego chcieć więcej? Jestem wystarczająca. Mogę iść przez życie w swoim tempie.

Czemu w tytule mam minimalizm? Bo do niego sprowadza się to podejście. Nie chcąc zadowalać rzeszy ludzi, skracamy listę własnych potrzeb i celów. Pozostają tylko nasze, a okazuje się, że są ludzie, którym z nami po drodze i tak się to pięknie toczy. A ci, z którymi nie po drodze mogą sobie iść swoją drogą i też cudownie. Naprawdę się da.

Cisza w sercu.

Spokojny sen.

Wolny wybór.

Serdecznie znad kubka kawy, w samym środku weny.

Wracam do pracy 🙂

Marzena

Fota. Jak widać, ostatnio, w drodze na kolejne cudowne spotkanie z fajnymi ludźmi, bo ja się z innymi nie spotykam 😀

PS. Kocham blogować. No naprawdę i cały czas, od tylu lat. Mój mąż by dodał „szkoda, że gotować tak nie kochasz”. To prawda, też bym chciała, żeby ta miłość mnie dopadła. Może kiedyś przyjdzie na stałe, bo jak na razie to pojawia się tylko w niekontrolowanych zrywach serca ;))

16 uwag do wpisu “Jak iść swoją drogą? Czyli o świadomości i minimalizmie

  1. Już miałem coś wpisać, ale ponieważ lubisz tylko komentarze przychylne (na inne nie odpowiadasz), więc tylko nieśmiało napomknę, że: tak jak „niezbadane są wyroki boskie”, tak i wszelkie rady nie mają większego bytu … 😉

    Polubienie

    1. PS. Wiesz, to jak z przepisami. Jak coś Ci pasuje, akurat tego potrzebujesz, to bierzesz. Ja się po prostu dzielę doświadczeniem, wiedzą, którą sama dostałam, wzięłam od innych i mi pomogła. Naprawdę nie musisz się ze mną zgadzać. Nikt nie musi 🙂 ale jeśli widzisz coś inaczej to chętnie przeczytam.

      Polubienie

      1. Ależ ja się z Tobą zgadzam. 🙂 Tylko uważam, że Twoje rady, idealne dla Ciebie i Twojej sytuacji, nie muszą być tak samo dobre i skuteczne dla innych.
        Akurat w tym poście nic mnie nie „rozdrażniło”, natomiast w poprzednich tak. Uważam, że nietaktem jest brak odpowiedzi na komentarz. Oczywiście mogą być wyjątki (gdy ktoś jest namolny, upierdliwy…), ale ja jestem u Ciebie dopiero 2-3 raz. Mam świadomość tego, że gdybym pisał same „ohy, i ahy” to pewnie chętniej byś odpisywała. Ale ja już tak mam, to moja zawodowa skaza byłego nauczyciela i psychologa. A więc przepraszam, i obiecuję, że nie będę więcej zakłócał harmonii tego bloga. 😉
        Pozdrawiam

        Polubienie

        1. Oh nie. 😊 A ja nie odpowiedziałam na komentarz? To przepraszam. Miło mi, że sygnalizujesz to w ogóle. Tak, doskonale to rozumiem, że moje podejście nie trafi do każdego, ba, moze trafiać mało do kogo. Tylko widzisz, na tym polega cała ta sprawa. Może nie trafi dziś, może trafi jutro a może nigdy. Do mnie wiele pomysłów czy idei trafia po czasie, bo muszą się przeprocesować. Piszę, bo żałowałabym, gdybym tego nie robiła. Polemizuj. Zapraszam. 😊

          Polubienie

        2. Wiesz, dodam: nie piszę dla ochów i achów. Nie widzę za bardzo sensu w takim pisaniu. 😉 Ja się po prostu dzielę. Jak umiem. Oczywiście z intencją, żeby było jakoś potrzebne, w zależności od charakteru wpisu 🙂 Co każdy z Was, Ty, każda osoba zrobi z tym, to już sami decydujecie. Jak czasami dajecie znać, to super, ale z reguły nie dajecie i też ok. Nie drążę dlaczego. Chciałabym tylko, żeby to, co publikuję było warte Waszego czasu, bo dla mnie mojego jest zawsze. W internecie działają różni ludzie. Ja jestem taka. 😊 PS. Co do komentarza, tak pomyślałam, że może nie odpisałam, bo nie widziałam co napisać, to też wolę milczeć. Ale raczej na pewno polubiłam sam komentarz 😉

          Polubienie

          1. Ja chyba nigdzie nie zgłaszałem zastrzeżeń do tego co piszesz w postach. Przeciwnie, one zawsze mi się podobały, bo odnosiły się do realnych kwestii życiowych. Natomiast byłem zaskoczony tym, że nie odpisujesz na komentarze (vide: „Wine not, czyli czemu się nie upijam?”). Odebrałem to jako wywyższanie się. Ale rozumiem to co teraz wyjaśniasz, bo to prawda … internet nie jest dobrym miejscem do „roztrząsania” takich problemów, gdy ścierają się różne poglądy. I dlatego czasem warto przemilczeć niż pisać byle co. Tu pełna zgoda.
            Jeszcze raz przepraszam.

            Polubione przez 1 osoba

  2. Bardzo fajny wpis. Ten minimalizm porównałabym, jak to kobieta 😉do butów. Kiedyś cieszyła mnie każda kolejna para szpilek… a dziś, cieszę się z wygodnych butów, w których stopa nie boli, i to je pielęgnuję 🙂
    Pozdrawiam cieplutko

    Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.